Krótka Podróż Lora – część trzecia

<= Część druga

Lor już nie słuchając wszedł w rzadko rosnące drzewa, zastanawiając się, kiedy rozrolują ten strumień, cokolwiek by to nie znaczyło. Szedł już tak kilka minut i nic się nie wydarzało. Tylko ptaki w koronach drzew zaczęły się coraz głośniej odzywać do siebie. Niebo przeświecało błękitem z pomiędzy liści na drzewach i zdawało się, że podobnie jak przed rozwinięciem nowej warstwy, nie ma na nim ani jednej chmury. Słońce wyraźnie wzniosło się już ku górze i grzało przyjemnym ciepłem, a nie jak poprzednio, doskwierało gorącem. Czuć było też chłodny wiatr. Lor poczuł się trochę lepiej, lecz pragnienie stawało się już nie do wytrzymania. Wtem usłyszał z niedalekich krzaków kolejne dziwne odgłosy w tym dniu. Tym razem brzmiały one jak toczenie kamiennej kuli po brukowanym podłożu. Po chwili oczom Lora ukazały się niskie, sięgające mu mniej więcej do pasa, postacie łysych i wąsatych w dodatku mężczyzn, którzy pchali przed sobą spory kawał kamienia w kształcie walca. Nosili oni niebieskie, robocze drelichy, jeden z nich szedł obok i komenderował resztą. To co toczyli okazało się zawiniętym brukowanym chodnikiem, który właśnie, najwyraźniej rozwijali na ziemi. Lor zmotywowany swoim pragnieniem, tym razem postanowił sam zagadać do owych dziwnych postaci. Szybko skierował się w ich stronę.

– Przepraszam panowie, czy mogę zająć chwilę?
Szef rozwijaczy spostrzegłszy Lora dał znak swoim by się zatrzymali, odwrócił się w jego stronę i odkrzyknął.
– Robotę mamy, Jaką ma sprawę?
Lor zbliżywszy się do nich powiedział z wyraźną nadzieją w głosie.
– Nie mają panowie, może czegoś do picia. Szczerze mówiąc strasznie mnie suszy.
– Ha! Widzieliście chłopaki. Strasznie go suszy – odpowiedział szef-rozwijacz – Pobalował wczoraj, co? – tu zwrócił wzrok na Lora, a następnie krzyknął do jednego ze swoich – Henio, zostało ci jeszcze co tam?
– Tylko kapkę, Panie Majster – odparł ten drugi.
– To dawaj, niech chlupnie sobie, trochę mu ulży, widzicie jak marnie wygląda.
Henio wystąpił przed innych wyciągając zza pazuchy brązową butelkę i podał ją szefowi. Ten zaś wziąwszy ją, wręczył ją następnie Lorowi mówiąc.
– Ma, chlapnie sobie, na zdrowie.
Lor z łapczywością chwycił butelkę, która miała w sobie może jedną trzecią zawartości i zbliżył ją do ust. Tak smak piwa. Ciecz wlewająca się w zeschłe gardło i przełyk. Tego było mu trzeba. Niestety zawartość butelki szybko się skończyła. Pan Majster spojrzał na Lora i powiedział.
– A to był spragniony, ale w jego stanie, coś mi się widzi, to nie wystarczy.
Miał rację. Lor odczuł pewną ulgę, ale jego ogólny stan nadal wymagał poprawy. Pan Majster zaś kontynuował.
– Tak, tu zwykłe piwo nie wystarczy. Trzeba mu czego więcej. Słucha, w takich sytuacjach nie ma jak zupa z dyni u Inkasy. To, mówię mu, każdego stawia na nogi. Nie chłopcy?!
– Tak! Panie Majster! – odkrzyknęli wszyscy zgodnie.
– Zupa u Inkasy? – z pytaniem w głosie  odrzekł Lor – już któryś raz słyszę o tym całym Inkasie. Kto to właściwie jest?
Pan Majster spojrzał z niedowierzaniem na Lora i z uśmiechem powiedział:
– To przecie nasz pracodawca. On zleca, my robimy. Mieszka na małym wzgórzu w centrum lasu. Co dziewięć dni i trzy godziny urządza piknik pracowniczy. Wszyscy są zaproszeni i zawsze podają zupę z dyni. Ma to kopa, mówię mu. Ma szczęście, bo taki piknik to właśnie dzisiaj o piątej.
– A która właściwie jest teraz godzina? – spytał Lor. Pan Majster spojrzał na niego z rozbawieniem podszytym jednak zniecierpliwieniem i powiedział:
– A co to ja jestem? Zegar na wierzy? Ja tylko pilnuję żeby wszystko było zrobione na czas, a czas właśnie nas goni. Chłopaki, dalej! – mówiąc to skinął na swoich współpracowników, którzy niezwłocznie zabrali się z powrotem za swoje zajęcie.
– Dalej chłopaki! Turlamy, ale równo! – Lor zdążył jeszcze tylko krzyknąć im na odchodne:
– Ale dokąd to rozwijacie?
– Przed siebie – odkrzyknął Pan Majster – dopóki nie będzie skończone.
– Dzięki za piwo.
– Nie ma sprawy. Przyjdzie do Inkasy, to się jeszcze zobaczymy.

I tak powoli zaczęli się oddalać w nieznanym kierunku, wykonując przy okazji swoją dziwną prace. Lor spojrzał na ziemię. Teraz się ciągnął na niej dosyć szeroki chodnik z kamieni. Wyglądał nawet na solidny. Po chwili namysłu postanowił pójść nim w stronę, z której przyszedł Pan Majster z towarzyszami. Szedł już tak kilka minut i nic szczególnego nie zakłócało jego marszu, jednakże Lor zdążył się już nauczyć, że brak dziwności w tej krainie jest właśnie czymś dziwnym. W każdej chwili spodziewał się nowej niespodzianki. Nie zawiódł się. Wkrótce ujrzał dwie małe kobiety popychające przed sobą dzban. Działo się to dość daleko między drzewami na skraju zasięgu wzroku Lora. Z dzbana turlanego w poziomie przez owe dwie małe kobiety, lała się woda , która gdy trafiła na ziemię pozostawiała na nim strużkę strumienia. Owe dwie małe kobiety choć miały ludzki wygląd, przypominały Lorowi raczej jakieś mityczne postacie leśnych skrzatów, które jednak nosiły na sobie chłopskie ubranie. Lor pomyślał, że to jest właśnie to rozrolowywanie strumienia i ucieszył się na myśl o kolejnej dawce płynu, której będzie mógł skosztować. tym razem jednak wyglądało na to, że będzie mógł napić się do woli. Szybko skierował się w stronę strumienia, jednak nie zdążył już dogonić dziwnych, kobiecych postaci. Nie zraził się tym jednak zbytnio i gdy dotarł do rzeczki przykląkł przy niej i zanurzył dłonie. Dziwne, że była ona teraz dosyć szeroka, szersza niż można było wnioskować po rozmiarze dzbana, z którego wylewała się woda. Wiła się spokojnie między drzewami, obrośnięta z obu stron trawą, miała dość głębokie koryto, by spokojnie usiąść przy niej i zamoczyć nogi. Jednak jedyne czego teraz chciał Lor to ugasić pragnienie, które jeszcze go trawiło. Pochylił się więc i zanurzył twarz w wodzie. Łapczywie wchłaniał orzeźwiającą ciecz, przerywając czasem na sekundę, ale zaraz wracając do gaszenia pragnienia. Był już pochłonięty tą czynnością przez dobrą minutę, gdy nagle usłyszał kobiecy głos mówiący:

– A jednak masz pragnienie.
Lor zaniepokojony podniósł głowę i tuż na przeciwnym brzegu ujrzał najpierw zamoczone w wodzie stopy, wyżej od nich smukłe łydki zakończone u góry krągłymi kolanami, przechodzącymi w białe uda na końcu których niewidoczne pośladki podtrzymywały tułów nagiej kobiety. Brzuch obrysowany smukłą talią, przechodzący w krągłe piersi i szyję, na której głowa z bujnymi włosami skrywała zaciekawione spojrzenie w niebieskich oczach. Tak, przypominała ona bardzo tą, którą spotkał już dziś na pagórku, ale wyglądała jakby poważniej. Miała też lśniące, brązowe włosy, przypominające swym kolorem leśne podłoże. Patrzyła na niego swymi niebieskimi oczami ze spokojem i zainteresowaniem. Nie ignorowała go jak tamta, a jednak Lor mógłby przysiąc, że to właśnie ona, tylko nieco odmieniona, jakby dojrzalsza. Ze zdziwieniem przyglądał się jej kilka sekund, a ona odezwała się ponownie.
– Patrzysz jakbyś mnie znał. Widziałeś już chyba moją siostrę? – Lor oprzytomniał i odrzekł:
– Myślałem z początku, że to ona. Jesteście bardzo podobne.
– Tak, masz rację, ale nie jestem nią. Jestem od niej starsza, choć czasem wydaje mi się, że młodsza, bo przecież najpierw była ona, a potem ja.
– Ale też mówisz zagadkami – odparł Lor.
– Tak, ale z tobą mogę porozmawiać normalnie, nie chcę cię uwieść jak moja siostra.
– A czego chcesz?
– To ty do mnie przyszedłeś.
– Nie rozumiem.
– Żeby ugasić pragnienie, przywiodła cię tu ta sama siła, za którą podąża moja siostra. I nie mogłeś się oprzeć, żeby zanurzyć we mnie usta.
– To ty jesteś wodą? – zapytał Lor.
– Nie, tylko strumieniem.
– Nie miałaś mówić zagadkami.
– Prawda, pozwól zatem, że zadam ci pytanie. Widzisz tą płynącą wodę?
– Oczywiście – odparł Lor.
– A widzisz siłę, która sprawia, że ta woda płynie.
– Nie.
– No i tak jest ze mną. Jestem płynięciem, nie wodą.
– Nadal brzmi to zagadkowo – w zamyśleniu powiedział Lor – ale teraz sobie przypominam, że przecież twoja siostra mówiła coś podobnego. To gdzie tu różnica?
– Ona delektuje się wodą nie strumieniem, obawia się przeszkód na drodze, nie widzi tego, w którym kierunku płynie. Ja jestem strumieniem, który nie zna strachu, nie upaja się nurtem i zna swój kierunek. Gdy trafiam na przeszkodę opływam ją , gdy na skałę, drążę, ale bez wysiłku i bez parcia. Moja siostra jest pragnieniem, ja je potrafię opłynąć. Pozostaje jak ta rzeka, niewzruszona, zawsze płynąca w dół. Podobnie jak jej, nie możesz mnie nazwać. Gdy to robisz już nie płyniesz. Ale ja choć nadal jestem ponętna dla ciebie, nie pragnę twojej uwagi. Nie jestem kwiatem, rosnącym i kwitnącym, nęcącym kolorami. Ja tylko płynę.

Lor znów poczuł się nieswojo. Mimo deklaracji normalnej rozmowy ze strony kobiety, nie mógł pozbyć się odczucia absurdu. Ale mimo, że kobieta była naga, miała rację. Nie nęciła go jak poprzednia. Miała w sobie coś innego. Jej nagość nie raziła, ale i nie wzbudzała żądzy. Wydawała się po prostu czymś naturalnym w tym otoczeniu. Po chwili zamyślenia, Lor się odezwał:
– Czemu mówisz mi to wszystko?
– Przyszedłeś do mnie, bo masz pragnienie. Ugasiłeś je, ale wrócisz po więcej. Chciałam cię tylko ostrzec przed zatrzymaniem się na pragnieniu jak woda na tamie. Po prostu płyń dalej . Nic nie zostaje przy tobie na zawsze. Niczego nie możesz zatrzymać. Doświadczyłam więcej niż moja siostra, wiem, żeby żyć w pełni, trzeba pozwolić rzeczom płynąć. Niech płyną przez ciebie i odpływają. Ciesz się życiem takim jakie do ciebie przychodzi.
– Faktycznie, twoja siostra była bardziej natarczywa – powiedział Lor – ty taka nie jesteś.
– Nie pragnę twojej uwagi jak ona. Jestem czym jestem i przyjmuje to co do mnie przychodzi. Ty przyszedłeś, więc mówię z tobą. Jeśli się zbliżysz przyjmę cię, jeśli się ode mnie oddalisz nie zapłaczę. Będę płynąć dalej. Szczęście jest w strumieniu, nie w tym na co się on natyka. Każda rzeka znajduje dostęp do morza. Po prostu wytrwale i nieustannie płynie w dół. Nie straszne są jej żadne przeszkody. Jest cierpliwa. Każdą pokona.
– Chyba sam nie wierzę w to co powiem, ale chyba zaczynam to wszystko rozumieć – odparł lekko już orzeźwiony Lor – ta woda chyba mi dobrze zrobiła.
– Tak, dobrze słuchasz swojego pragnienia. Pozwól mu płynąć i przyjmij kiedy przychodzi i nie żałuj kiedy odchodzi. Wtedy będziesz się cieszyć każdą chwilą. Lecz skupiaj się na strumieniu nie na wodzie. Są bowiem niestety tacy, którzy tego nie rozumieją.
– Masz na myśli swoją siostrę?
– Nie tylko ją, ona jest młoda i nierozważna, ale są tacy, którzy chcą za wszelką cenę kontrolować strumień, naginać go do swojej woli, są tacy którym nie podoba się moja swoboda…
Wtem od strony drogi dobiegły ich odgłosy głośnej rozmowy. Kobieta nerwowo odwróciła głowę w tamtą stronę i znów spojrzała na Lora.
– Właśnie idzie jeden z nich – powiedziała – muszę odpłynąć, ale nie zapomnij o mnie. Zobaczymy się u…
– U Inkasy – przerwał Lor.
– Tak, widzę że już wiesz jak to działa.
– Właściwie to nie do końca…
– Nie ważne, nie mów o mnie nikomu, a zwłaszcza jeśli spotkasz siostry kozy.
To mówiąc, zsunęła się lekko w wodę i rozpłynęła w niej jak mleko.

Zobacz także...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *