Krótka Podróż Lora – część pierwsza

Ciemna jaskinia, chłodny powiew, suchy pył w nozdrzach. Lor budzi się i rozgląda dookoła. Leży pod skałami na wprost wyjścia z groty. Gdy spogląda w tamtą stronę oślepia go jasne światło. Powoli wstaje i wdycha zatęchłe powietrze przepełnione zapachem kurzu, który zakręcił mu w nosie. Tak, to on go obudził. A może jeszcze śni. Nie przypomina sobie żeby zasypiał w jaskini. Jednak czuje się właśnie tak jak po przebudzeniu. Ogląda swoje ciało. Ma na sobie tylko lnianą koszulę i spodnie. Dotyka twarzy i maca czaszkę. Wszystko w porządku. Jak się zatem tu znalazł. Dziwna sprawa – pomyślał. Spojrzał jeszcze raz w światło wylotu. Teraz już go tak nie oślepiało jak pierwszej chwili. Ujrzał zieloną przestrzeń porośniętą trawą i drobnymi krzakami. Niebo było nadzwyczaj błękitne, a blask słońca, choć jego samego jeszcze nie był w stanie dojrzeć, bardzo ostry i świetlisty. Stał chwilę zastanawiając się co tak właściwie należałoby zrobić, ale nie czując żadnego niebezpieczeństwa skierował swe kroki ku wyjściu.

Wejście do jaskini było odsłonięte i gdy tylko znalazł się na zewnątrz mógł ogarnąć wzrokiem znaczną część równiny, na której teraz się znajdował, kolejna dziwna sprawa – znów pomyślał – jaskinia bez gór. Obejrzał się i zauważył, że grota w której przebywał jest wydrążona w niewielkim pagórku. Po krótkim namyśle postanowił wejść na jego szczyt aby móc lepiej rozeznać się w swoim położeniu. Gdy już tego dokonał okazało się, że niewiele to dało. Krajobraz był monotonny jak ciasto biszkoptowe bez galaretki na wierzchu. Wszystko jednostajnie zielone i mdławo żółte od słońca. Nie pozostawało nic jak tylko zleźć z powrotem i poszukać lepszych perspektyw gdzie indziej, jednakże nie przedstawiało się to zbyt obiecująco. – Co to za kraina? Jak obrazy sztuki nowoczesnej na ścianie celi ojca Laurentego. Gdyby tylko gdzieś było jakieś źródło z wodą, choćby mała kałuża. – Ale nigdzie nie można było ugasić pragnienia. A to zaczęło właśnie szczególnie doskwierać Lorowi.

Gdy już miał zamiar potoczyć się posuwistym krokiem w dół dobiegł go dźwięk ludzkiego śpiewu. Zamarł na chwilę w bezruchu nasłuchując i stwierdził, że śpiew ten dochodzi gdzieś z pagórka, na którym stał, albo raczej jakby spod niego. Głos był delikatny i niewątpliwie należał do kobiety. To nieco uspokoiło Lora, a jeszcze bardziej zaciekawiło. Zaczął więc obchodzić wzgórek dookoła, nasłuchując zarazem. Nagle go oświeciło. Śpiew dobiegał z trawy, a raczej z małego kwiatka, który dopiero teraz postanowił objawić się w jego spojrzeniu. Lor niestety nie wiedział co to za kwiat, nigdy nie był dobry we właściwym rozpoznawaniu dzieł natury. Lecz na wierzchołku tegoż kwiatu, pomiędzy jego płatkami siedziała skulona, miniaturowa postać kobiety. I to ona właśnie wydawała z siebie śpiew, który tak zaintrygował Lora. Zdawała się nie zauważać nieoczekiwanego przybysza, pochłonięta całkowicie swoim zajęciem. Teraz Lor mógł już dokładnie usłyszeć o czym jest jej pieśń. Głos był słodki i śliczny, jednak nie zdawał się przyjmować żadnej treści. Mała kobietka po prostu wydawała z siebie przeróżne sylaby dowolnie zbijające się w większe grupy. Przypominało to raczej śpiew ptaka niż jakąś konkretną pieśń. To już była za wielka osobliwość jak na rozum dopiero co przebudzonego Lora. Wszystko to było totalnie nie do ogarnięcia. Ciekawość jednak zwyciężyła. Lor pochylił się nad kwiatkiem i odezwał się:
– Hej.
Kobietka przerwawszy śpiew, spojrzała na niego wcale nie zdziwiona i z równie prostą beztroską odpowiedziała:
– Witaj, zbliż się.
– Kim… kim jesteś? – zapytał Lor.
– Nie mam imienia, chyba że mi je dasz.
Lor całkowicie już zbity z tropu, zostawiając rozmyślania nad tym wszystkim na później, postanowił kontynuować dialog.
– Ale to kim jesteś?
Mała kobieta spojrzała na Lora ze zdziwieniem, a po chwili odwróciła głowę z lekceważeniem.
– Po co pytasz, widzisz przecież – i znowu na niego zerknęła, tym razem zalotnie.
Lor mimo maleńkości postaci, która na niego patrzyła nie mógł się oprzeć pewnemu urokowi, który roztaczała.
– Nie chcesz mieć imienia?
– Mówiłam ci, nazwij mnie jak chcesz, wiem, jestem „piękna”. Tak. Czy to dobre słowo?
W istocie można było zgodzić się z jej określeniem. Mimo swojej maleńkości, nie była to mało pociągająca postać. Była smukła, skórę miała delikatną, oczy zielone i gładkie, czerwone jak płatki kwiatu włosy. Całą swoją postawą wyrażała niezwykłą zalotność i żądanie adoracji. Nie spoglądała na Lora. Jej spojrzenie błądziło po bezkresie błękitu i zdawała się ignorować jego pytania. Po chwili jednak się odezwała:
– Pociągam cię, żadne słowa nie są potrzebne. Posłuchaj swojego życia. Chodź bliżej.
– A możesz mi powiedzieć gdzie właściwie jestem? – spytał Lor.
– Zadajesz dużo pytań i potrzebujesz dużo słów. Chcesz mnie w nich zamknąć?
– Wcale nie miałem tego na myśli.
– Proszę, nazwij mnie, ale to jaka jestem sprawia, że mnie widzisz. Jestem twoim własnym przeżyciem. Po co nazywać przeżycie? Chcesz je nazwać? Pytasz mnie gdzie jesteś. A czy gdy patrzysz na mnie nie jesteś we mnie?
– Zapewne… – odrzekł Lor w zamyśleniu.

Wszystko to zdawało mu się nadto abstrakcyjne, a przecież nie wypił aż tyle żeby następnego dnia mieć majaki. W ogóle mało pamiętał z tego co było przed jego przebudzeniem w jaskini. Coś mu świtało, ale niczego nie mógł sobie dokładnie przypomnieć. A może ojciec Laurenty miał racje z tym, że świat to iluzja. – Właśnie! Ojciec Laurenty. – Jego Lor pamiętał dobrze. Ale gdzie go spotkał i w jakich okolicznościach to było za trudne do ogarnięcia. Nabrał ochoty wydobycia się z tego absurdu. Jednak nie mógł się zdobyć na to żeby po prostu odejść, coś go trzymało przy tym rozkapryszonym kwiatku, jakkolwiek nie byłoby to dziwne. Może to właśnie jej domniemane piękno tak go intrygowało. Po chwili wahania postanowił jednak i powiedział.
– W takim razie trochę się tu rozejrzę – na co kobietka nagle spoważniała i odpowiedziała.
– Nie możesz tak po prostu odejść – wstała i kontynuowała – domagam się twojej obecności, poczuj mnie w sobie. Nie możesz mnie tak po prostu odrzucić. Jestem ci potrzebna. Nie po to cieszę twoje oko abyś tego nie zauważał.

Lor stał jak osłupiały. Nie tylko kobietka brzmiała stanowczo i znacznie bardziej przemawiająco do wyobraźni niż poprzednio, ale także fakt, że wstała odsłonił wszystkie walory jej nagiego ciała. Nie miała bowiem nic na sobie i mimo tego, że była wręcz miniaturowa, każda jej krągłość była doskonale widoczna. Lor nie wiedział co się dzieje, ale słowa tej dziwnej postaci zaczęły do niego przemawiać. A ona wcale nie zamierzała przestać. Sprawiała wręcz wrażenie, że dopiero się rozkręca.
– Spójrz na mnie – mówiła dalej – i na płatki tego kwiatu. Czy zarówno ja jak i one nie zostałyśmy stworzone do przyciągania wzroku. Gdy pszczoła krąży nad zielenią łąki, co sprawia, że siada na tym właśnie kwiatku. To co nieuchronnie ciągnie ją do niego. To co nieuchronnie ciągnie ciebie do mnie. Coś co możesz nazwać magią, ale czego równie dobrze możesz w ogóle nie nazywać. To jest samo życie w tobie, które ponadto wcale nie potrzebuje ciebie aby żyć. To sam strumień rzeki płynącej ku morzu lecz bez rzeki i morza. Chciałbyś coś zrobić, ale chcenie nie należy do ciebie. Twoje jest tylko słowo. Zamiast tego możesz się we mnie zanurzyć i po prostu być bez pytania, bez słów. Spróbuj. Chodź bliżej.

Lor był jak zaczarowany wpatrzony w drobną postać kołysaną lekkim podmuchem i zdającą się być zarazem tym wiatrem, który ją kołysze. Przez chwilę nie mógł przemówić ani słowa. Absurd sięgał zenitu, ale jednocześnie stawał się coraz bardziej sensowny. Kwiatek nie był jedynie kwiatkiem. Jakimś cudem zrodził również kobiecego mędrca, jedynego w swoim rodzaju. Wszystkie te słowa zdawały się częścią jakiegoś poglądu, podejścia do… właśnie? – Dość! – pomyślał Lor – filozofujący kwiatek – tego było już za wiele. Żeby tylko mógł się czegoś napić, to by mu trochę odświeżyło umysł. Ale taka opcja jak na razie zdawała się daleka od realizacji. W dodatku słońce zaczęło coraz bardziej przygrzewać. Trzeba było wymknąć się jakoś z tej sytuacji. Może to jakiś majaczy sen i po prostu trzeba się obudzić. Mimo, że uszczypnął się parę razy nie dało to nic poza tym, że kobietka, z którą rozmawiał, a raczej próbował rozmawiać roześmiała się. Spojrzał jeszcze raz na nią i urzekła go jeszcze bardziej.

– Dlaczego chcesz ode mnie uciec? – zapytała – Czy nie zajmuję Cię wystarczająco? Gdy za dużo myślisz oddalasz się ode mnie.
Wtem, mówiąc te słowa zaczęła rosnąć, ześlizgując się jednocześnie z kwiatka. Była większa i większa, aż w końcu przed Lorem stanęła w pełni rozwinięta kobieta jego rozmiarów. Wtedy dopiero mógł dokładnie poczuć jej „piękno”. Mimo, że był w stanie, w którym człowiekowi wszystko jedno, coś jednak drgnęło w jego tkankach i pociąg do nieznanej kobiety nabrał na sile. Ona zaś kontynuowała.
– Masz wszystko czego potrzebujesz aby dążyć do mnie, do mojego piękna. Nawet jeśli natura nie jest doskonała, wie do czego dąży. Ja też mam wszystko, aby cię przyciągnąć, aby ocenić czy masz to czego potrzebuję. Jak ptaki wijące gniazdo, układające się w nim do snu i przekazujące nowe życie w kruchych skorupach, które muszą chronić aby przetrwały. One zawsze są w tym co robią i nie potrzebują wyjaśnienia. Ja właśnie jestem taka – mówiąc to zbliżyła swoje ciało do Lora tak, że niemal je dotykał. Jej oczy wpatrzyły się w jego twarz i zamarły na mniej niż chwilę w bezruchu. Lor wpatrywał się w nią jak w obrazek jednak nie ruszył się ani trochę. A ona kontynuowała.
– Chciałeś mnie nazwać. Narzucić mi swoje widzenie. Wahasz się mówić mi piękna. Jak chcesz mnie nazwać? Pożądaniem, rozpustą? A może grzechem? Mógłbyś narzucić mi swoje widzenie, ale i tak nie ugasiłbyś pragnienia. Chodź do mnie. – ponętnie zakołysała ciałem. Lor się odezwał:
– Nie bierz tego do siebie, ale moje pragnienie akurat teraz najbardziej domaga się wody, ugaszenia suszy w gardle.
Roześmiała się, tak jakby była słowikiem, który bez namysłu nawołuje partnera.
– To twoje życie domaga się abyś je zaspokoił, a ty tylko szukasz rozrywki w rozmowie ze mną. Za dużo słów. Za dużo – mimo, że zdawała się emanować wyłącznie „rozpustą”, bądź „ponętnością”, swoimi słowami przejawiała mądrość, która wykraczała poza to czym obecnie była. – Posłuchaj swojego życia i ugaś pragnienie – kontynuowała – a gdy to już zrobisz wróć do mnie.
– Dlaczego? – odparł Lor.
– A dlaczego pytasz? – odpowiedziała – Wylatujesz ponad swoje życie, szukasz odpowiedzi i myślisz, że one istnieją. Że kiedyś je otrzymasz. Ale tym samym niszczysz życie w sobie. Po co ci to? Czemu uważasz się za mądrzejszego od życia w tobie. Sam szukasz wody by ugasić pragnienie, potem poczujesz głód. Zachodzące słońce da ci sygnał do spoczynku, gdyż bez jego światła nie potrafisz funkcjonować. A gdy krew zapulsuje w twoich żyłach, gotowa by odrodzić się w coś nowego, pomyślisz o mnie, wrócisz tu i i będąc dwojgiem, staniemy się jednym w nowym życiu.
– Więc mam ulec pożądaniu?
– Pożądanie jest w twoich słowach, gdy je zostawisz jest tylko życie. Po co ci te słowa? Chodź.
– Myślę, że dają mi jakąś przewagę… – zaczął Lor, lecz musiał przerwać, gdyż nagle ziemia zaczęła drżeć pod nimi. Smukła uwodzicielka odwróciła się szybko i z wdziękiem, potem znowu spojrzała na Lora
– Nie mamy czasu, zwijają podłogę.
– Co?! – krzyknął Lor.
– Słuchaj – powiedziała – dokończymy kiedy indziej i być może zwieńczymy naszą rozmowę jednym życiem w Nas, ale teraz muszę wracać. Jeśli spotkasz kiedyś kozy, siostry kozy, dwie, zawsze są w dwójkę, nie mów im o mnie i o tym co mówiłam. Zeżrą mnie za to.
– Zaraz! Czekaj? Co się dzieje?
– Posłuchaj swojego życia – mówiąc to zaczęła się z powrotem kurczyć – jeszcze się spotkamy. U Imć Inkasy. – z tymi słowami znikła w kwiatku, który złożył płatki i schował się w trawie.
W tym momencie na horyzoncie zaczęło pojawiać się coś w rodzaju fali zieleni gnającej ku Lorowi. Rosła i rosła, aż niemal przesłoniła pół nieba…

girl

C.D.N.

Ilustracja: Bartosz Bajer

=> Część druga

Zobacz także...

1 komentarz

  1. 7 grudnia 2015

    […] <= Część pierwsza […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *