Krótka Podróż Lora – część druga

<= Część pierwsza

W tym momencie na horyzoncie zaczęło pojawiać się coś w rodzaju fali zieleni gnającej ku Lorowi. Rosła i rosła, aż niemal przesłoniła pół nieba. Lor odruchowo zaczął zbiegać z pagórka. Musiał znaleźć jakieś schronienie. Jego wzrok padł na wejście do groty, w której się obudził. Bez namysłu wskoczył do środka i skulił się w najbardziej bezpiecznym kącie. Cały czas narastało coś w rodzaju jednostajnego dudnienia. Po chwili zaczęło się ono przetaczać nad jego głową i przechodzić dalej. Przez moment zrobiło się ciemno, ale potem znów światło zawitało do jaskini. Dudnienie oddalało się. Lor zaciekawiony, przezwyciężył strach i wyjrzał z groty. To co zobaczył przekraczało jednak wszelkie pojęcie. Po przeciwnej stronie, niż ta, z której przyszła fala, zobaczył jak się owa góra zieleni oddala w stronę horyzontu popychana przez gigantyczne karły. Było to niezwykłe, ale tak właśnie wyglądali, korpulentni, dużogłowi, ubiorem i postawą przypominali raczej krasnoludki z bajek, aniżeli rzeczywistych karłów z dawnych cyrków i królewskich dworów. Jednocześnie jednak rozmiarami przewyższali wielokrotnie Lora. Żwawo poruszali nogami i rękami, wykonując swoją dziwną pracę.

To, co robili wyglądało jak zwijanie wierzchniej warstwy podłoża niczym dywan. Przeszli równie szybko jak się pojawili. Zostawili tylko litą skałę. W miarę jak fala zieleni się oddalała Lor stawał się coraz pewniejszy siebie i po wyjściu na zewnątrz zaczął przechadzać się po tym co zostało z tego co kiedyś było niekończącą się zieloną łąką. Krajobraz wyglądał teraz jak po zagładzie atomowej, a nawet jeszcze gorzej. Całą przestrzeń po widnokrąg wypełniała szara, skalista masa. Żadnych wzniesień, żadnych pagórków, poza tym, z którego wyszedł Lor. Niebo również przybrało szarawy odcień, a słońce gdzieś zniknęło. Było jednak cały czas dość jasno. Powietrze zaś stawało się coraz bardziej rześkie, tak że Lor mógł w końcu odetchnąć pełną piersią –przynajmniej tyle – pomyślał, a lekki podmuch musnął mu twarz.

Wtem spoza horyzontu, a także spomiędzy szpar w skale zaczęły wyłaniać się kolejne niezwykłe postacie jakie było dane Lorowi zobaczyć tego dnia. Wysocy i przeraźliwie chudzi mężczyźni w podłużnych cylindrach. Po chwili zajmowali już każdy zakątek pustej przestrzeni. Przechadzali się spoglądając badawczym okiem na ziemię jakby czegoś szukali, a raczej jakby coś sprawdzali. Po chwili niektórzy, z nich wyciągnęli zza pazuchy krótkie i śmiesznie grube parasolki, którymi zaczęli stukać w skały, niezmiernie się przy tym pochylając. Jeden z nich zdawał się być przełożonym pozostałych i stał jakby na uboczu, jeśli można było tu mówić o jakimkolwiek uboczu, przyglądając się wyczynom swoich ziomków.

Lor przekonany, że już go nic nie zdziwi, stanął otępiały i zaczął myśleć o obłąkaniu jakie go napadło, ale mimo wszystko czuł realność całej sytuacji. Nagle ten, który wyglądał na szefa, zauważył Lora i zaczął zmierzać w jego stronę. Robił to niezwykle wielkimi krokami. Jego nogi były tak długie, że pokonywał kilkanaście metrów za jednym zamachem. Po krótkiej chwili, znalazł się więc tuż przy Lorze, Zmierzył go wzrokiem i odezwał się:

– Witam Pana. Bardzo przepraszam za wszelkie niedogodności. Już za kwadrans wszystko wróci do normy.
– Normy? Jakiej normy? – pomyślał Lor, a głośno dodał – skoro jest już pan taki łaskaw, mógłby mi pan wyjaśnić co tu się dzieje?
– Ależ oczywiście. Jest Pan nowy w krainie? Proszę się nie martwić. Już wszystko objaśniam. Nazywam się Pan Roligan i nadzoruję kontrolę tej części gruntu. Według rozporządzeń naszego przełożonego, Pana Inkasy, który dba o dobre samopoczucie mieszkańców owej krainy, co 4 dni, 7 godzin i 12 minut wymieniamy podłoże. Niestety ostatnio mieliśmy kilka drobnych problemów, nie będę tutaj Pana zadręczał szczegółami. Wystarczy powiedzieć, że koniec końców zostaliśmy zmuszeni do nałożenia warstwy zastępczej, którą właśnie zdjęliśmy. Ja i moi współpracownicy musimy jeszcze dokładnie sprawdzić grunt aby następna warstwa dobrze przylegała. Gdy to zrobimy nowe podłoże zostanie niezwłocznie rozwinięte.

Niezwykła uprzejmość i rzeczowy ton tego osobnika sprawiały, że Lor zaczynał się uspakajać. Jednakże jednoczesna niedorzeczność tego co się działo, nie pozwalała mu uwierzyć w realność tego co widzi. A ojciec Laurenty mówił mu przecież „Nie pij synu, nie pij tyle, bo zaczniesz widywać białe zaskrońce”. Zaskrońców jak dotąd jeszcze nie było, ale absurd w jakim się znalazł wskazywał, że poprzedniego dnia musiał wypić dużo za wiele. Spojrzał znów na to co go otaczało i pokręcił głową – tak, dużo za wiele – pomyślał. Szef tyków, jak nazwał ich sobie Lor, kontynuował.

– Widzę, że dla ochrony użył Pan jednego z naszych schronów przeciwchmurnych – mówiąc to wskazał wzrokiem na jaskinię – Używamy ich głównie do osłony przed chmurami, ale w tej sytuacji także okazują się bardzo pomocne. Proponuję aby schronił się Pan tam ponownie i przeczekał następne rozwinięcie. Na pewno nic Panu się nie stanie. Wystarczy, że zastosuje się Pan do moich poleceń.

W tym momencie jeden z tyków podszedł do nich pochylił się i stuknął swoją parasolką w skałę pod stopami Lora. Tym razem okazało się, że parasolka zmieniła nagle kolor na jaskrawo żółty i wydała z siebie przenikliwy dźwięk podobny do syknięcia kogoś kto nadepnął na szkło. Pan Roligan zawołał poważnym tonem:

– Proszę się odsunąć! Mamy intruza. Humprey, wkrętło! Teraz podszedł trzeci z tyków i wyciągnął spod marynarki coś w rodzaju korkociągu z rączkami jak u roweru. Przykląkł i zaczął go wkręcać w miejsce gdzie przed chwilą uderzyła parasolka. Po chwili, gdy wkrętło zagłębiło się wystarczająco, pociągnął za rączki i wyciągnął kawałek skały niczym korek z butelki wina. Wszyscy zaczęli wpatrywać się w powstałą w ten sposób szczelinę. Przez krótką chwilę nie działo się nic, aż Lor zaczął się niecierpliwić i dociekać w myślach co tam mogło się znajdować. Niebawem jednak pożałował swojej ciekawości. Najpierw usłyszeli pomruki, jakby ktoś gderliwym głosem narzekał, że zakłócono mu spokój, a zaraz potem z otworu niczym z procy wyleciał… biały zaskroniec. Szybkimi ruchami, jak sprężyna wspiął się na sam szczyt Pana Roligana. Ten zaś odezwał się z poirytowaniem w głosie.

– Panie Matuzaliuszu, to znowu Pan. Czy chociaż raz mogłoby się obyć bez tej całej hecy – mówiąc to, Pan Roligan ściągnął cylinder, na który wskoczył zaskroniec.
– Nie jestem Matuzaliusz, tylko Matus. Czy mógłbyś chociaż raz to zapamiętać stara tyko – odparował ze złośliwością ten ostatni – Ani chwili spokoju, ani momentu. Zawsze musicie mnie wykopać, co te cztery zakichane dni to samo – wysyczając z siebie te słowa, zeskoczył z cylindra i owinął się wokół ramienia Pana Roligana.
– Panie Matuzaliuszu – kontynuował ów wkładając cylinder z powrotem na głowę – przecież dobrze Pan rozumie swoje położenie. Nie można tak po prostu przebywać w warstwie skalnej.
– A co to? Nie mogę sobie przebywać gdzie chcę? Chcesz mi tego zabronić? Nie doczekanie. Będę sobie mieszkał gdzie mi się podoba.
– Ależ drogi Panie. Zaburza Pan w ten sposób infrastrukturę. Według rozporządzeń Pana Inkasy taka sytuacja jest niedopuszczalna.
– Inkasa, Inkasa. Przecież go znam. To mój kuzyn, chociaż po kądzieli. Dobrze o tym wiecie. Poskarżę się mu.
– Ależ Panie Matuzaliuszu, więzy rodzinne nie grają tutaj roli. Rozporządzenie jest rozporządzeniem i musimy się go trzymać zarówno Pan, jak i ja. Obawiam się, że będziemy musieli Pana znów deportować.
– Ta, jasne, uważaj. Tym razem się nie dam. Jestem z nim – skierował swoje spojrzenie na Lora.
– Hej kolo, nie potrzebujesz agenta? – krzyknął – to już masz jednego, i to gratis.

pan Roligan

Lor nie mając ochoty mieszać się w to wszystko zaczął się cofać. Ale Matus, choć był wężem, nie poruszał się jak na porządnego przedstawiciela tego gatunku przystało. W jedną chwilę zeskoczył z Pana Roligana, jak sprężyna, kilkoma susami dosięgnął Lora i owinął się tym razem wokół jego ramienia. Pan Roligan zaś, widocznie zakłopotany, poprawił okulary na nosie i zwrócił się do Lora:
– Jeśli Pan Matuzaliusz jest Pana agentem nie możemy teraz nic zrobić. Sprawę będzie trzeba przekazać bezpośrednio Panu Inkasie.}
– Tak, jestem jego agentem – szybko odparł Matus – no powiedz mu – zwrócił się bezpośrednio do Lora. Ten zaś z zakłopotaniem spoglądał dookoła, nie pierwszy raz będąc dziś w totalnym osłupieniu.
– No ziomek, poratuj, nie bądź… – nagabywał dalej Matus. Lor zaś z wyraźnym wahaniem w głosie odparł w końcu.
– Tak… on… on jest moim agentem.
– Widzisz tyczkarzu z lambalasu, nic mi nie zrobisz! – wykrzyknął uradowany Matus do Pana Roligana..
– Panie Matuzaliuszu, prosiłbym jednak o odrobinę taktu – z naganą w głosie odparł Pan Roligan – wygląda na to, że wszystko znów się skończy hecą przed obliczem jaśnie sędziego Platfusa – kontynuował – tymczasem proszę jednak o zaniechanie wszelkich prób utrudniania nam naszego zadania, a co do Pana – zwrócił się do Lora – mam nadzieję, że wie Pan co robi i jakie bierze na siebie konsekwencje, żałuję, że nasza znajomość zadzierzgnęła się w takich okolicznościach. Myślę jednak, że zdążymy się jeszcze bliżej poznać u Pana Inkasy. Teraz radzę ponowne schronienie się w bunkrze przeciwchmurnym. Nasza praca dobiegła końca i za dwie minuty rozwijamy nowe podłoże. Życzę miłego dnia, a Panu, panie Matuzaliuszu gratuluję szczęścia. Do zobaczenia wkrótce. – to mówiąc Pan Roligan zamaszystym ruchem dał znak swoim współpracownikom i wszyscy zaczęli znikać jeden po drugim we włazie, który jeden z nich otworzył w podłożu tuż przy dziurze, z której wyleciał Matus.

– Dobra poszli sobie – powiedział ten ostatni, gdy już i Pan Roligan zniknął pod ziemią zasuwając za sobą pokrywę, która od razu zlała się z podłożem, tak że nie było widać po niej śladu. Wtedy dobiegł ich kolejny łoskot i znad horyzontu zaczęła wyłaniać się góra zieleni gnająca w ich stronę.
– Dalej ziom, do grotu – syknął Matus, i obaj, a raczej Lor, gdyż Matus nadal był owinięty wokół jego ramienia, ruszyli ku jaskini, w której niedługo zaraz się znaleźli.
– Co to znaczy, że jesteś moim agentem? – odezwał się w końcu oszołomiony Lor.
– No co ty stary? Nie kąsasz granata? Jestem twoim agentem i robię co na agenta przystało.
– Czyli co?
– No, agentuję. Stary nie zadręczaj mnie tymi pytaniami. Ja nie wtrancam się na twoją działkę, więc ty nie wtrancaj się na moją. Trzeba było tak nie krzyczeć – To mój agent! To mój agent! – jak nie rolujesz zegara jak trzeba.
– Wcale nie krzyczałem, ale niech ci będzie – powiedział Lor, a w myślach dodał – Czemu miałbym rolować zegar?

Wtem, dudnienie,  które tym razem miało w sobie trochę skrzypienia, co już wcale nie dziwiło Lora, znalazło się tuż nad ich głowami i nagle zabrakło światła, które jednak równie szybko powróciło. Dudniące skrzypienie zaś zaczęło się oddalać. Wtedy to właśnie Matus się znów odezwał.
– Nie bój ziom, wszystko pod kontrolą, takiego agenta jak ja nikt tu nie ma. Rób tylko swoje.
– Czyli co?
– Stary, mówiłem, że nie wtrancam się na twoją działkę. Rób co należy i tyle. Tylko nie próbuj mnie wyrolować. Za cienki w uszach jesteś żeby mi tu podskoczyć. Mam za wielkie znajomości.
– Dobrze, już dobrze. Robię co do mnie należy – odpowiedział Lor.
– No, myślę ja. A teraz wymywajmy stąd. Nie lubię jaskiń.
– To co robiłeś pod ziemią?
– Stary, męczący jesteś, wiesz.
– Dobra, dobra. – odparł Lor, po czym zaczął zmierzać ku wyjściu.

Gdy znaleźli się na zewnątrz, widok, który ujrzeli różnił się diametralnie od tego czego Lor doświadczył wcześniej. Krajobraz wypełniały teraz drzewa i pagórki. Gdzieniegdzie niewielkie skały urozmaicały trochę tą nową infrastrukturę. Matus ześlizgnął się Lorowi z ramienia i schował w trawie, z której się odezwał.
– No, to teraz możesz iść. Ja się tu wszystkim zajmę. Będzie jak trza ziom.
– Właściwie to kiedy będzie to jak trza? – zapytał Lor.
– Nie męcz ziom, już ci mówiłem. Wszystkim się zajmę i będzie jak trza wtedy jak będzie czas. Teraz wezmę sobie trochę wolnego ale ty pilnuj spraw, co masz je pilnować. Na twoim miejscu udałbym się na bibę do Inkasy. Dziś o piątej. Do tej pory powinien być spokój, więc ja jak na razie zostaję tu i się nie ruszam.
– Dobra, dobra – powiedział ugodowo Lor.

Zresztą nie miał ochoty gadać już z tym śliskim płazem, a pragnienie wzmagało się jeszcze bardziej, więc zapytał tylko na odchodnym:
– Powiedz, mi tylko, czy jest tu gdzieś jakaś woda.
– Zara pewnie rozrolują tu jakiś strumień. Może ci to pomoże ziom, bo widzę, żeś nieźle pobalował.
– Tak, tak – odparł Lor – po czym ruszył przed siebie. Usłyszał jeszcze tylko z tyłu krzyk Matusa.
– Nie zapomnij! O piątej! I rób swoje, tak jaki był dil, nie!

Lor już nie słuchając wszedł w rzadko rosnące drzewa…

Część trzecia =>

C.D.N.

Ilustracja: Bartosz Bajer

Zobacz także...

2 komentarzy

  1. Marta pisze:

    Ciekawie, zmysłowo i ponadzmysłowo. Umiesz tworzyć magię! :)

    Pozdrawiam,
    Marta.

  1. 7 grudnia 2015

    […] => Część druga […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *